Próba rekonstrukcji pobytu lotników zestrzelonych w październiku 1944 na terenie Lubasza –Zalesie

Marek Jachym 26 maja 2022

Do napisania niniejszego artykułu skłoniła mnie wiadomość, jaką w czasie ferii zimowych uzyskałem od pani Marii Pietracha - prezesa Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – Koło w Szczucinie. Poinformowała mnie, że zadzwonił do niej pan Stefan Wolak, który w czasie okupacji był mieszkańcem Lubasza (przysiółek Zalesie). Z rozmowy wynikało, że ma pewną wiedzę o pobycie lotników zestrzelonych nad Czarkówką w październiku 1944 r. Ponieważ ten temat nie był mi obcy, poprosiłem pana Wolaka o spotkanie. Zgodził się bardzo chętnie. Wcześniej zapoznał się z moim oraz Witolda Dobrowolskiego artykułem zamieszczonym w „Gazecie Szczucińskiej”, a także z listami uratowanych dwóch lotników. Zaproponował, że postara się odtworzyć pobyt uratowanych lotników ma terenie Bukowca i Lubasza (przysiółek Zalesie).

Świadek historii stwierdził, że choć w październiku 1944 r. był jeszcze dzieckiem, to jednak pewne fakty dotyczące pobytu lotników w Lubaszu utkwiły w jego pamięci. Wyraził też zadowolenie, że dwaj uratowani lotnicy przeżyli wojnę.

Na początku spotkania, w okolicach dworu w Bukowcu, pan Wolak odtworzył ówczesną sytuację militarną dotyczącą najbliższej okolicy. Około kilku kilometrów na wschód od majątku w Bukowcu przebiegała linia frontu, i cały ten obszar był zatem pasem ziemi frontowej. Niemcy za główną linią obrony ciągle budowali dodatkowe punkty oporu, które w razie przerwania pierwszej linii miały zatrzymać Armię Czerwoną. Ten stan trwał od sierpnia 1944 r. do stycznia 1945 r. Z Lubasza oraz najbliższej okolicy do budowy niemieckich okopów w okolicach Brzezówki zatrudniano dorosłych mężczyzn. Wczesnym rankiem wytypowani mężczyźni z narzędziami zbierali się w wyznaczonym miejscu we wsi. W okolicznych domach stacjonowali żołnierze niemieccy, którzy wykonywali prace inżynieryjne przygotowujące rejon Brzezówka – Zabrnie do odparcia Rosjan. We dworze w Bukowcu mieścił się sztab jednostki.

Koleje losu por. Samuela Isaaka Fourie

Lotnicy wyskoczyli ze spadającej maszyny, która rozbiła się w Czarkówce. Andrzej Kupiec w artykule pt. „Zapomniana historia radgoskiego Liberatora” ustalił, że po wyskoczeniu z samolotu trzech lotników (t.j. porucznik James Arthur Lithgow, porucznik Keit Brennand Mac William, sierżant William Francis Cowan) poniosło śmierć na polach miejscowych rolników w Brzezówce, a dwóch (sierżant Geoffrey Frederick Ellis, sierżant Tom Myers) zginęło we wraku samolotu. Trzech pozostałych(porucznik Graham C. Dicks, porucznik Samuel Isaak Fourie, porucznik Evan Colbert) szczęśliwie wylądowało w okolicy Bukowca.

Z listu porucznika Dicksa wynika, że porucznik Samuel Jsaak Fourie, tylny strzelec Liberatora w czasie skoku na spadochronie najprawdopodobniej złamał rękę. Fakt ten mógł zdecydować o jego dalszych losach. Być może szukając pomocy trafił do pałacu w Bukowcu, gdzie kwaterowało dowództwo odcinka frontu. A być może napotkany mieszkaniec Bukowca – nie mogąc się z nim porozumieć - skierował go do sztabu, aby tam udzielono mu pomocy medycznej. Tam zostaje przez Niemców zatrzymany i rano w otoczeniu pilnujących go żołnierzy niemieckich wywieziony na ciężarówce w kierunku Dąbrowy Tarnowskiej. Do dzisiaj los rannego oficera nie jest znany.

Koleje losu porucznika Evana Colberta

Z listu porucznika Colberta wynika, że po udanym skoku na spadochronie wylądował ranny w lesie, w niewielkiej odległości od linii frontu. Tam spędził noc, a nad ranem po usłyszeniu odgłosu szczekającego psa udał się w jego kierunku. Po około dziesięciu minutach marszu (był ranny w nogę) zobaczył na polance samotne gospodarstwo i krzątających się gospodarzy. Według relacji Stefana Wolaka mogła to być zagroda Jana Misiaszka zwanego „Janeczkiem”, z którą dom rodzinny naszego rozmówcy sąsiadował. Wtedy dom Misiaszka był drewniany i pokryty strzechą, a w zagrodzie otoczonej drewnianym płotem przebywał duży pies. Porucznik Colbert podszedł do obejścia, gdy, najprawdopodobniej, gospodarze przystąpili do porannego obrządku w gospodarstwie. Początkowo chciał się przedostać w okolicę rosyjskiego frontu. Na szczęście gospodarze zatrzymali angielskiego oficera, nakarmili i umieścili na strychu. Stefan Wolak stwierdził, że niemal w każdym domu w Lubaszu był członek miejscowej placówki Armii Krajowej. Tym samym wiedza o tym wydarzeniu szybko musiała dotrzeć do dowództwa placówki. Stąd ich szybka reakcja.

Pan Wolak pamięta też pewien epizod - być może dotyczący tego wydarzenia. Otóż późną nocą do jego domu przybyła grupa ludzi ( co najmniej cztery osoby). Rozmowy toczyły się w sieni. Ponieważ był wtedy dzieckiem, nie został do nich dopuszczony. Czy był to ranny lotnik? Pan Wolak nie może tego faktu potwierdzić.

Koleje losu porucznika Grahama C. Dicks,a

Porucznik Dicks najprawdopodobniej wylądował w lesie nieopodal kamiennej drogi Szczucin – Dąbrowa Tarnowska (obecnie droga krajowa nr 73). Rano, po wcześniejszym wydostaniu się ze spadochronu, udał się w kierunku południowym wzdłuż ścieżki obok głównej drogi, na której widział przemieszczających się niemieckich żołnierzy. Mieszkaniec Lubasza potwierdził, że obok tej kamiennej drogi była wydeptana ścieżka, którą on sam wraz z miejscową ludnością wędrowali do Szczucina.

Po wyjściu z lasu, aliancki oficer spotkał miejscowego gospodarza, który szedł do kopania niemieckich okopów. Mógł to być Michał Duda, którego dom znajdował się nieopodal głównej drogi, sąsiad Bukowieckich (dawniej Piekielniaków). Po wojnie widziano w tym domu lotniczą kurtkę. Gospodarz umieścił angielskiego oficera na skraju lasu i udał się po pomoc. Porucznik z lasu obserwował trakt. W pewnej chwili na ciężarówce niemieckiej zobaczył - por. Samuela Isaaka Fourie, członka swojej załogi, który został przez Niemców zatrzymany we dworze w Bukowcu i rankiem wraz z eskortą odtransportowany w kierunku Dąbrowy Tarnowskiej.

Po przybyciu miejscowych gospodarzy lotnik przebrał się w cywilne ubranie i został odprowadzony do pobliskiego gospodarstwa. W Lubaszu uratowani lotnicy przebywali krótko. Nie udało się ustalić, w jakich jeszcze domach mogli przebywać. Świadek ma tylko przypuszczenia, które wymagają dalszych badań. Dzięki żołnierzom miejscowej placówki „Stanisława” pobyt na Ziemi Szczucińskiej zakończył się szczęśliwie. Zostali przekazani do placówki „Malwina”, gdzie na kwaterach doczekali końca wojny.

Dalsze wspomnienia

W trakcie rozmowy o zasadniczym temacie pan Wolak przekazał mi jeszcze kilka dodatkowych informacji, które zapewne zainteresują czytelników. Z jego relacji wynika, że młodzi ludzie na placu wśród pastwisk udając, że grają w piłkę, potajemnie odbywali praktyczne ćwiczenia wojskowe. Nadzór nad ćwiczeniami sprawował Władysław Warias, który mieszkał w domu Głodów w Szczucinie.

Mieszkaniec Lubasza wspomina, że żołnierze niemieccy, którzy powrócili z frontu wschodniego, nadal odczuwali skutki rosyjskiej zimy. Mieli też różny stosunek do Polaków, a Ślązacy w niemieckich mundurach byli przyjaźnie nastawieni do miejscowej ludności. Informowali nawet gospodarzy, u których stacjonowali na kwaterach, kiedy będą mieć służbę i że wtedy nie będzie ich w domu.

Kolejną ciekawą historią jest opowieść o miejscowej kapliczce, która nadal jest zawieszona na drzewie obok drogi krajowej po prawej stronie od Góry Lubaskiej w kierunku Dąbrowy Tarnowskiej. Otóż żołnierze niemieccy rozpoczęli wysadzanie drzew rosnących wzdłuż tej drogi. Miały one stanowić naturalną przeszkodę dla nacierających Rosjan. Wszystkie drzewa zostały zniszczone oprócz tego, na którym umieszczona była kapliczka. Obecnie trudno stwierdzić: czy był to przypadek, czy też świadoma działalność Ślązaków. Ślązacy mieli mieć też wyrzuty sumienia, gdy otrzymali od przełożonych rozkaz wysadzenia kościelnej wieży w Szczucinie.


Wiedza o naszej historii lokalnej z czasów drugiej wojny światowej wciąż jest ułomna – i pozostanie taką, dopóki nie ukaże się obszerna praca poświęcona temu okresowi. Na tę chwilę należy spisywać wszystkie relacje od osób pamiętających wojenne lata. Relacja pana Wolaka jest niewątpliwie pierwszym świadectwem opisującym pobyt zestrzelonych lotników w Lubaszu. Warto zadbać o to, aby były kolejne.


Marek Jachym